Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Bóg przyszedł
07-25-2018, 01:22 PM
Post: #1
Bóg przyszedł
Chciałbym podzielić się moim świadectwem: jak Bóg przyszedł do mnie. Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty.Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki, a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk aniżeli miłość, bo nigdy od Niego nic dobrego nie dostałem (tak mi się wtenczas wydawało), a życie moje nie było szczęśliwe. Odkąd pamiętam, mój ojciec nadużywał alkoholu. Często z tego powodu wybuchały w domu kłótnie, awantury.
W wieku około 5 lat przyglądałem się rodzinom moich rówieśników z tak zwanych„normalnych” rodzin i zapragnąłem mieć właśnie taką kochającą się rodzinę. Babcia mówiła mi,że Bóg może spełniać nasze prośby, więc prosiłem go sercem dziecka, aby ojciec przestał pić, aby nie było kłótni w domu, aby tata był ze mną, abym był kochanym dzieckiem. Niestety, po paru moich modlitwach zobaczyłem, że nic się nie zmienia: ojciec jak pił, tak pije, bieda – jak była, tak i jest itd. Wniosek przyszedł szybko: Bóg mnie nie słucha. Bóg nie spełnia próśb, Bóg się mną nie interesuje, Bogu też na mnie nie zależy. Bóg jeśli jest, to mało go obchodzę.Muszę sobie radzić w życiu sam i nikogo nie potrzebuję.
Komunię św. i sakrament bierzmowania przyjąłem bez wiary, bez wewnętrznej potrzeby oraz wiedzy, o co tak naprawdę chodzi w przyjmowaniu sakramentów. Inni je przyjmowali, to ja też, właśnie żeby nie być innym. Moje serce wcale do Boga się nie zbliżyło i zdanie o Nim pozostało podobne jak w dzieciństwie. Jeśli chodziłem do
kościoła, to pod przymusem katechety, nakazu mamy, bojaźni przed karą Bożą, a nie z własnego wyboru. W kościele czasem byłem (dla tradycji),
ale na Mszy św. raczej myślami nieobecny. Tak mijały lata bez Boga, bez spowiedzi. Ożeniłem się, mieliśmy dwójkę dzieci. Otrzymałem zatrudnienie
w swoim zawodzie, układało się nam wspaniale, ale do czasu. Spotkałem kiedyś człowieka z innej kultury, który zapytał się mnie, czy wierzę w Jezusa i czy jestem katolikiem. Trochę zaskoczony pytaniem, trochę przestraszony, na dwa pytania odpowiedziałem negatywnie – zaparłem się Boga.
Po chwili pomyślałem, ale „ze mnie żenada”, nawet nie przyznałem się, że jestem ochrzczony, po Komunii, bierzmowany, mam ślub kościelny.
I od tej chwili, z perspektywy czasu dostrzegam, że Jezus wziął się za mnie. Wspaniałą pracę,którą miałem od kilku lat (prestiżową, dobrze
płatną i nie męczącą), straciłem w jednej chwili (podczas nieobecności urlopowej). W gospodarstwie domowym zaczęło nam brakować pieniędzy.
Aby żyć na dotychczasowym poziomie, zaciągnąłem ogromny kredyt, którego nie mogliśmy spłacić. Po pewnym czasie pieniądze się skończyły,
ogromny dług został. Nie widziałem wyjścia z sytuacji, nawet małego światełka.
Pewnego wieczoru kupiłem alkohol, aby się upić. Miałem nadzieję, że smutki może staną się lżejsze do zniesienia. W domu byłem wtedy sam,
drzwi były zamknięte. Po upiciu się, w mojej głowie pojawiały się myśli koszmarne. Zły duch zaczął mi przypominać wszystkie tragiczne momenty
w moim życiu. Jakby patykiem rozdrapywał zagojone, zapomniane rany. Przypominał sytuacje z mojego życia, aby pokazać, jaki jestem: do niczego,nie kochany, wyśmiewany, nie potrafiący wyżywić rodziny, niechciany, nic dobrze nie potrafiący zrobić, bez talentów, jedno wielkie dno, nie zasługujące na czyjąkolwiek miłość lub szacunek. I ja w głębi serca przyznawałem temu rację. Powodowało to ogromny ból duszy, taki ból, że jedyną ucieczką od niego wydawała się śmierć, a właściwie pewność, że śmierć to najlepsze rozwiązanie.
Zacząłem robić wyrzuty Bogu, bez nadziei, że mi odpowie:
Dlaczego moje życie jest takie popaprane? Nie takie, jak mają inni, nie takie jakbym chciał, zawsze pod górę. Nie było odpowiedzi. Po około godzinie takich rozmyślań i płaczu byłem zdecydowany. Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz. Wiedziałem, że nie chcę żyć. Miałem 38 lat. Była sobota około godziny 23 W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle…potężny ocean Miłości ogarniał moją duszę i wlewał się do niej. Światłość niepojęta, wszędzie,tak ogromna, że powinna razić, a nie raziła, parzyć, a nie było mi wcale gorąco. Nigdy nie było mi tak dobrze. Wiedziałem już: To Ty jesteś, Jezu. Istniejesz naprawdę. Myślałem, że Ciebie nie ma, może żyłeś kiedyś, ale nie dziś. Nie wierzyłem w Twoje istnienie tu i teraz, wiesz przecież. Teraz dusza moja wie i pragnie być jak najbliżej Ciebie, w Tobie, poznawać Ciebie. Tu padły słowa, których nie zapomnę do końca życia. Były to słowa Jezusa:
-KOCHAM CIĘ (ciepły, męski, spokojny głos). Wielka fala miłości spłynęła na mnie. Poznałem ogrom miłości Boga do mnie. Miłość zalała całą moją duszę. Rozpłakałem się. Łzy wylewały się ze mnie "strumieniami". Jezus dał mi zobaczyć swoją duszę.
Zapytałem Jezusa: – Mnie? Za co mnie możesz kochać? Nędzny, marny jestem, Ty wiesz, jaki jestem. Nie jestem godzien Twojej miłości. Nie jestem godzien kochania. Poczułem uderzenie, strumień miłości bezinteresownej,pełnej akceptacji, bezwarunkowej, za nic, od zawsze i na zawsze.
Zobaczyłem małe nierozerwalne strumienie (miłości, opieki) wychodzące ze światła Jezusa do każdego człowieka i poczułem, że Bóg sam opiekuje się każdym człowiekiem i każdego bezgranicznie zna i kocha. Po odczuciu bezwarunkowej wielkiej miłości moje nastawienie do mojej osoby się zmieniło.
– Skoro jesteś i mnie kochasz tak wielką miłością i jest mi tak dobrze
z Tobą..., to ja już nie chcę sam sobie odbierać życia, nie ma już we mnie takiej woli (jakby nigdy nie było),ale chcę być z Tobą na zawsze, zawsze przy Tobie, zabierz mnie z sobą.
Już wiedziałem, że Jezus jest, żyje, jest Miłością i najlepiej zajmie się moją rodziną, nie odczuwałem żadnego lęku, żalu, że zostawię bliskich
na ziemi. Wręcz przeciwnie cieszyłem się, że Bóg się o nich zatroszczy w najlepszy dla nich sposób.
Była chęć odejścia, ale motyw był już inny, nie chciałem odchodzić z tego świata, bo mi tak źle, ale chciałem odejść, bo jest mi tak dobrze z Jezusem. A może nie tyle odejść z tego świata,co wrócić do Ojca, do domu. Bo tam jest mój dom, moje miejsce. Nie jestem z tego świata.
Jezus (myśl w mojej duszy; z Bogiem można rozmawiać bez słów):
– Znajdziesz mnie w Kościele i w Moim słowie,
nie zostawię cię sierotą, jestem zawsze przy tobie.
Teraz wiesz, że Ja jestem zawsze przy tobie i zawsze cię kochałem, kocham i będę kochał.
– Zapytałem: W Kościele mam Cię szukać? Ci księża są tacy... no, wiesz jacy... nie lubię ich, denerwują mnie, zawiodłem się na nich.
Jezus: Choćby wszyscy kapłani na świecie cię zawiedli, wiedz, że Ja Jestem najwyższym kapłanem, a Ja nigdy nie zawodzę. Za kapłanów się módl,bo są ukochanymi duszami Moimi. Wiedz, że mają więcej pokus niż Ty.
– Panie, widzę swoją duszę i wiem, jaka jest. Ale stojąc przed Tobą w oceanie Twojego pokoju, miłości i światła, ja, nędznik, chcę być z Tobą na wieki. Prowadź mnie do siebie, do wieczności z Tobą. Nie puszczę Ciebie, będę się trzymał... Twojej nogi. Jakbyś chciał pójść gdzieś beze mnie, nie puszczę Cię, choćby cierpienia moje na ziemi były ogromne, muszę być zawsze z Tobą na wieki, muszę, chcę, pragnę.
Spotkanie się zakończyło tak nagle jak się rozpoczęło. Nie wiem, ile trwało? Może sekundę,może dwie godziny. Podczas przyjścia Jezusa,
wiem, to dziwne, ale nie było czasu.
Następnego dnia rano, gdy wyszedłem na ulicę,patrzyłem na twarze ludzi. Próbowałem w ich spojrzeniach dostrzec informację, że do nich też
przyszedł kiedyś Jezus, bo przecież nie jestem wyjątkowy. Skoro był u mnie, to i u nich na pewno.Miałem przekonanie, że do nich też przychodzi,tylko nie mówią o tym fakcie. Chciałem z radości krzyczeć na ulicy, że Jezus jest, lecz zabrakło mi odwagi.
Wahadełko, które miałem z czasów młodzieńczych i niekiedy z niego korzystałem, wyrzuciłem do kanału ściekowego, czułem, że tam jego miejsce. Zacząłem nosić krzyż na piersi, chodzić do kościoła w niedziele i niekiedy w dni powszednie, szukać Jezusa, szukać rozmowy z Nim; tyle chciałem, żeby mi powiedział,wyjaśnił… Z wielkim strachem poszedłem do spowiedzi, ale była ona bardzo krótka i płytka. O wizycie Jezusa w moim domu i w duszy kapłanowi nawet nie wspomniałem. Znowu strach, że uzna mnie za wariata.
Wysłuchałem gdzieś w internecie fragmentów „Dzienniczka” Siostry Faustyny.Każdą niedzielną Mszę (przez 4 lata) ofiarowałem za dusze czyśćcowe i prosiłem świętą Faustynę o obecność przy mnie na każdej Eucharystii,gdyż w mojej głowie bluźnierstwa i rozproszenia
były bardzo silne.
Po około 4 latach od tego wyjątkowego do świadczenia, obecności i miłości Jezusa, podczas Mszy św. chciałem coś ofiarować Bogu, bo czułem, że tak mało daję od siebie Komuś, kogo kocham.
Zacząłem szukać w myślach, co mam takiego najcenniejszego, co bym mógł ofiarować.
Pierwsza myśl – nic nie mam. Za chwilę przyszła odpowiedź: życie, wolną wolę… W głowie pojawiła się myśl: życie chcesz oddać, śmieciu? Wolną
wolę? Spójrz na świętych, jak oni skończyli, w biedzie, zabici, zagłodzeni w celi, odrzuceni, nie rozumiani przez innych, jeden ukrzyżowany głową
w dół. Większości się im dobrze nie powodziło. Tego chcesz? Wtedy to właśnie powiedziałem szybko,nie rozmyślając nad złym głosem. – Panie, po ludzku to nic nie mam (sławy, bogactwa, urody, wiedzy, umiejętności, talentu, pobożności), ale to, co mam, to oddaję Tobie: życie i wolną wolę. Niech się dzieje w moim życiu wola Twoja; co chcesz, to rób. Mam umrzeć dziś – dobra. Mam być kaleką –dobra. Mam zwariować albo być uznany za wariata– dobra. Mam być żebrakiem – dobra. Zgadzam
się na wszystko. Niech się dzieje wola Twoja. Niech Twój plan, nie mój, względem mojej osoby się realizuje, bezwarunkowo. Oczywiście, daj, Panie, siłę, abym Twoim planom podołał, nigdy nie zwątpił…
Z Tobą wszystko mogę.
Uświadomiłem sobie, że właściwie pierwszy raz prawdziwie się pomodliłem: ... bądź wola Twoja.Od pojawienia się Jezusa w moim życiu klepałem pacierz rano i wieczorem, nie zastanawiając się, co właściwie mówię. Oddanie życia i woli było jak skok w przepaść. Odczuwałem lęk, ale wiedziałem, że jak „skoczę” bez żadnych zabezpieczeń,czyli moich pomysłów na życie, On mnie złapie.On ma dla mnie swój plan, a ja jestem gotów go wypełnić, bylebym tylko był z Nim w niebie.
Kilka dni później prosiłem Ducha Świętego o dobrą spowiedź. Był czas przed Wielkanocą.Czułem, że dotychczasowe spowiedzi były nijakie,
z marszu, na szybko, pobieżne, bez wiary,że w konfesjonale jest Jezus. Chciałem się wyspowiadać z całego życia. Podczas spowiedzi płakałem,
wymieniłem parę grzechów, ale też wyznałem, że zgrzeszyłem łamiąc wszystkie przykazania Boże (nie byłem w stanie przypomnieć sobie
szczegółowo moich wszystkich grzechów), nawet zabiłem, tak, zabiłem Jezusa swoimi grzechami, moje grzechy przybiły Go do krzyża. Chcę
wrócić do Boga, prosić o wybaczenie. Słysząc słowa Jezusa w ustach kapłana, że mi odpuszcza,po rozgrzeszeniu, rozpłakałem się jeszcze bardziej.
Wychodząc z kościoła zobaczyłem, że coś się zmieniło na świecie. Kocham wszystkich ludzi. Kocham siebie, kocham trawę, kocham drzewa,
każdy liść na drzewie był bardziej zielony, kontury kształtów bardziej zarysowane, cały świat był wyraźniejszy,nasycony pełnią barw. W każdym z tych liści widziałem dzieło Boga. Chciałem tańczyć, śpiewać,
skakać, biec do ludzi ze słowami: Jezus mnie i Ciebie kocha. Nogi stały się lżejsze, jakbym unosił się 10 cm nad ziemią. Wiedziałem, że Bóg wybaczył mi wszystkie grzechy, że jest ze mną.
Przyszedłem do domu i powiedziałem, że Jezus będzie z nami mieszkał. Domownicy uznali to za jakiś dobry żart. Ale ja naprawdę chciałem, aby
z nami mieszkał. W tym dniu przyszło morze łask,o które nawet nie prosiłem. Zostałem uwolniony od gier komputerowych. Do tej chwili potrafiłem zaniedbywać rodzinę, siedząc godzinami przed komputerem.
Prosiłem dzieci, aby chowały mi płyty z grami, abym nie grał od razu jak przyjdę z pracy.Sam nie potrafiłem się opanować. Nieraz grałem
do 2-3 w nocy. Otrzymałem łaskę uwolnienia od internetu.
Kiedyś przeglądałem godzinami strony, nawet te, które mnie nie interesowały. Bóg zmienił zniewalający internet na służący do wyszukiwania Jego słowa, nauki Kościoła, żywotów świętych. Otoczyłem się przedmiotami przypominającymi mi o Bogu,aby w roztargnieniu dnia o Nim nie zapominać: obrazki,cytaty z Pisma Świętego, aplikacja z Biblią
w telefonie, wyświetlacz z wizerunkiem Jezusa itp. Dar składania rąk do modlitwy na znak: Czyń, Panie, ze mną, co chcesz. Twoja wola niech się dzieje. Zostałem też uwolniony od pornografii, od chęci posiadania rzeczy, kupowania, uwolniony od marzeń o posiadaniu czegoś materialnego. Pojawił się niesamowity głód słowa Bożego. Do dziś trudno mi przeżyć jeden dzień bez Pisma Świętego i rekolekcji, kazań wysłuchanych w internecie. Tęsknota za Jezusem. Chęć wykonywania każdej czynności z Nim, nawet małej, jak przekopanie ogródka. Przypominanie odczucia Jego miłości i tęsknota za Nim.
Otrzymałem też dar częstej spowiedzi, a ona zapobiega zatwardziałości serca. Przed nawróceniem nie byłem u prawdziwej spowiedzi jakieś 30
lat i uważałem, że nie mam grzechów, najwyżej drobne wady, ale inni mają gorsze. Teraz pojawiło się wyczulenie na złe utwory muzyczne, teledyski,piosenki zawierające teksty okultystyczne, bluźniercze (mimo, że są śpiewane w niezrozumiałych dla mnie językach, to czuję, że niosą
złe treści). Bardzo zaczęły mi się podobać piosenki religijne. Otrzymałem dar modlitwy. Modlitwa stała się dziękowaniem, a nie tylko proszeniem.
Bóg wie, co mi potrzeba i to otrzymam. Wystarczy tylko dziękować i Go kochać, prosić o miłosierdzie. Jeśli moja modlitwa jest błagalna,to raczej za innych. Kolejna łaska – to brak lęku przed śmiercią. Oczywiście, proszę Boga, że jak zejdę z tego świata, to tylko dla nieba.
Kiedyś naliczyłem łask kilkanaście, a pewno było dużo więcej, o których istnieniu niedługo się przekonam. Do chwili tej spowiedzi słowo: „łaska”
było dla mnie niezrozumiałe, martwe, wymyślone przez Kościół. Zresztą, łaska kojarzyła mi się negatywnie:dostać coś z łaski, zrobić komuś łaskę…
To ja z łaski nic nie chciałem dostawać, chciałem na to sobie zasłużyć, zapracować. Teraz już wiem, czym jest łaska. Wiem, że jak Jezus daje, to daje to, czego człowiekowi potrzeba i zawsze daje w nadmiarze. Nie potrafi dawać mało!!! Dał za dużo wina, za dużo rozmnożył chleba, za dużo ryb. A przecież mógłby wyliczyć co do kromki, aby nie zostało ułomków. Tyle wina w wielkich stągwiach „po brzegi”, aż się pewnie wylewało, też zapewne nie wypili. Ryb mógł dać trochę mniej, aby
się sieci nie rwały. Podobnie zrobił ze mną. Mógł dać tylko jedną łaskę, jedno uwolnienie, a cud Jego działania też bym zobaczył. Przez kilka dni czułem przeogromną miłość Ducha Świętego, obecność Boga we mnie, do
takiego stopnia, że po paru dniach pomyślałem.
– Panie, już dość, dość…, stonuj miłość do mnie.
Nie mogę się skupić, pracować, myśleć o niczym innym, jak tylko o Tobie. Takie głupie słowa powiedziałem do Boga. A On, oczywiście, stonował
odczucie swej miłości do mnie w jednej sekundzie.
Co dziwne, gdy to zrobił, zaraz zacząłem tęsknić za odczuwaniem tej miłości.

Wiem, że jest to dopiero początek drogi. Ale drogi najpiękniejszej na świecie, bo gdziekolwiek bym poszedł, cokolwiek bym zrobił, JEZUS zawsze będzie mnie kochał miłością bezgraniczną.
Czasem w sposób namacalny daje mi odczuć, że jest ze mną. Są to chwile szczególnie radosne. Ostatnio wieczorem słuchałem kazań (aplikacja w telefonie). Rano alarm ustawiony w komórce budził
mnie do pracy. Wstaję zaspany, a tu zaskoczenie, gdy przy wyłączaniu alarmu w telefonie włączyło się kazanie i padły tylko te słowa: – Tyś jest mój syn umiłowany. Szczęście wlało się do mojego serca
i uśmiech zagościł na mojej twarzy na kolejne dni. Teraz te słowa są ze mną na co dzień. Nawet, gdy robię sobie śniadanie, to mówię: Dzięki Ci,
Panie, teraz Twój syn umiłowany będzie jadł kanapkę.
Chcę być z moim Ojcem w codzienności. Innym razem prosiłem Boga w myślach, aby nadał mi „nowe imię”, zmienił imię, które powinien
nadać chłopcu jego ziemski tata, gdy chłopiec staje się mężczyzną. Mnie, niestety, nie nadał. Minęły dwa, trzy dni, a ja o modlitwie już zapomniałem. W niedzielny ranek dzwonek wzywa nas do drzwi, a w nich pojawiają się dwie kobiety. Jedna z nich pyta: – Czy w tym domu jest ktoś, kto nie ma imienia? Proszę poczuć smak sytuacji. Nikt normalny,
odwiedzając obcy dom, takiego pytania nigdy nie zadaje. Żona zaskoczona takim pytaniem, odpowiedziała,że nie mamy czasu, bo idziemy do kościoła. A ja wiedziałem, o co chodzi. Pomyślałem:
O Boże, jesteśmy tym, jakie są nasze czynności, rozmowy,
myśli, czym się zajmujemy. Kościół jest apostolski, ja idę do kościoła, ja mam na imię Christos(Chrystus) i phero (nieść), w sumie: Christophoros,
co oznacza: niosący w sobie, wyznający Chrystusa.
W tej sytuacji Bóg mi przypomniał, że ja jednak mam imię: Boże imię. W moim imieniu jest mój Pan, a ja w nim. Fajnie. Będę niósł Chrystusa.
Kiedyś przepraszałem Jezusa, że rozmawiam z Nim jak z kolegą, tatą, przyjacielem. Myślałem,że to niestosowne, nie wypada, bo Bóg jest przecież wielki, potężny (i to prawda), a ja, mały człowiek, jeszcze zadaję Mu pytania. Poczułem Jego uśmiech i akceptację, że taka właśnie powinna być moja relacja. Teraz nie boję się Boga, bo wiem,
że On jest Miłością. Kocha bez względu na to, co zrobiłem lub czego nie zrobiłem, choćbym był największym grzesznikiem na ziemi. Na Jego
miłość nie muszę zasługiwać!!! Ona po prostu jest.Bóg jest wszechmogący, ale pewnych rzeczy nie może, np. nie może nie kochać człowieka.
Kiedyś zapytałem Pana Jezusa:
– Dlaczego mój
ojciec pił? Przecież się modliłem, by przestał. Modlitwy moje były słyszane, ale nie zostały spełnione,bo Bóg dał człowiekowi wolną wolę i zabrać jej nie może. Gdyby tata przestał pić tylko dzięki moim modlitwom, byłoby to równoznaczne z odebraniem mu wolnej woli, a to stać się nie mogło.Zrozumiałem jednak, że przyczyną nadużywania
alkoholu przez tatę był brak miłości ludzkiej względem jego osoby. Ludzie nie nauczyli go miłości, nie pokazali mu miłości, nie pomogli we właściwy
sposób, by doświadczył miłości i nauczył się kochać.
Tak więc, jeśli ktoś pije, to też ktoś inny jest temu winien, a tak łatwo umywamy ręce (jak Pi- łat). Dzięki mojemu tacie poczułem, że każde zło Bóg może przemienić w dobro. To doświadczenie potrzebne było także mnie. Dzięki temu dziś nie potępiam alkoholików, a widzę w nich ludzi, którym inni ludzie nie okazali miłości w dostateczny sposób. Wiem, że są tak samo kochani przez Boga jak ja. Wiem, że czasu spędzonego przez rodzica z dzieckiem nie da się niczym zastąpić. Wiem, że człowiek bez Boga sam sobie nie poradzi. Wiem, że ojciec jest bardzo ważny dla dziec- ka. Wiem, że mój ojciec kochał mnie, jak umiał. Wiem, że bez niego i mnie na świecie by nie było. Nie byłoby też tego świadectwa, które czytasz. I dziękuję teraz Bogu za mojego ziemskiego ojca i że jestem na świecie razem z wami, i że będzie- my razem żyli wiecznie. Bóg z wielkiej miłości do nas czasem nie spełnia naszych próśb, bo widzi ich konsekwencje w przyszłości. Wyobraź sobie, co by było, gdyby Bóg spełniał wszystkie nasze prośby, które do Niego zanosiliśmy. Gdzie byśmy teraz byli? Jeśli w ogóle byśmy jeszcze żyli. Może bylibyśmy na własnej wyspie w ciepłych krajach, obrzydliwie bogaci, ze- psuci, nikogo nie potrzebujący (Kościoła także). Takie duchowe karły, które Boga potrzebują tylko, aby im błogosławił, dał zdrowie i długie życie w dostatku, a do innych spraw niech się nie wtrąca.
Bóg czasem nie daje czegoś, o co prosimy, dla naszego dobra. My się buntujemy, bo nie widzi- my skutków, jakie mogą nastąpić. Podobnie jak małe dziecko – które matka prowadzi na pobiera- nie krwi – jest złe na mamę, że przyprowadziła je tu, gdzie kłują, boli, krew ściągają. Ale matka wie, że bez tych badań nie będzie można wyleczyć je z poważnej choroby, a może uratować od śmierci. Dziecko o tym nie wie i dlatego się buntuje.
I jeszcze jedno doświadczenie. Pomimo tak spektakularnego nawrócenia, jakie przeżyłem kilkalat temu, trudno było mi uwierzyć w obecność
Jezusa w Eucharystii. Pewnego dnia na Mszy św.kapłan powiedział, aby ten, kto nie wierzy, że pod postacią Najświętszego Sakramentu obecny jest Pan Jezus, pomodlił się słowami: Wierzę, Jezu, że możesz zaradzić mojemu niedowiarstwu. Wypowiedziałem
w myślach tę krótką modlitwę. Kapłan przechodził z Najświętszym Sakramentem wśród wiernych. Podszedł też do mnie – niedowiarka.
Po chwili, klęcząc, odczułem taką samą miłość Jezusa do mnie, jak przy tym pamiętnym objawieniu. To była ta sama bezgraniczna, bezwarunkowa miłość. Jedyną reakcją z mojej strony
były łzy i wdzięczność za tę miłość, za to, że Jezus jest. Po prostu inaczej nie można.Wiem, że wiele osób chciałoby, aby Pan Jezus przyszedł do nich w sposób fizycznie zauważalny, jak do mnie w tym krytycznym dniu kilka lat temu, ale dziś chcę zaświadczyć, że tego samego
Jezusa osobowego, żywego, zmartwychwstałego spotykamy w najświętszym Sakramencie. Bez spotkania, bez doświadczenia żywego Boganasza wiara jest tylko szlachetnym systemem moralno-etycznym.Systemem, w którym trudno jest wytrwać, a niekiedy jest to niemożliwe. Dopiero doświadczenie osobowego Boga, pewność Jego
wielkiej miłości do mnie, tego, że On jest zawsze blisko… nadaje sens wszystkiemu.
Od jakiegoś czasu Jezus chce, abym dawał świadectwo (oczywiście, też się opierałem, że nie potrafię, nie chcę, nie umiem, nie mam odwagi),
bo to doświadczenie Boga nie zostało dane tylko dla mnie. Opisałem je więc dla wszystkich, jak kazał Pan. Na pewno to nie koniec mojej drogi świadczenia o Jezusie, bo wiem, że Pan chce, abym wychwalał,
głosił Jego miłość coraz więcej i więcej.
Wszystko, co opisałem, wydarzyło się naprawdę.
Niech Was, którzy czytacie to świadectwo,
Bóg prowadzi.
Krzysztof, syn umiłowany
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Kontakt | Via Ad Deum | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja bez grafiki | RSS